zbyszekB napisał(a):
Dla zainteresowanych ofertą
W 2007 przesadzałem około 150 krzewów w czerwcu (na tym forum jest o tym informacja). Niektóre krzewy były nawet 5 cio letnie i 99% się przyjeło. Nie zrażajcie się negatywnymi opiniami malkontentów o przesadzaniu kilkuletnich krzewów (Panie wybacz im ,bo nie wiedzą co czynią")
Zbyszku, jak się ma V25/20 - ta ode mnie?
Dziękuję za głos rozsądku

Tomku, Tobie też dziękuję. Moje doświadczenia są podobne, choć dotyczą kilku krzaków.
Mnie szczerze mówiąc malkontenctwo w tym wątku ani ziębi, ani grzeje.

Co najwyżej bawi

Piszę uczciwie, dlaczego się pozbywam - kto chce, to znajdzie np. moje dyskusje z Alkorem z przed lat w wątkach dotyczących danej odmiany. Część z tych odmian mi po prostu nie smakuje, wielkoowocowe mają w zwyczaju u mnie pękać (dla wyglądu nie będę ich trzymać). Niektórych odmian mam za dużo i nie przejadamy owoców na czas. Innych odmian nie mam czasu niańczyć - np. Rondo, które u mnie ma grona zbite, jak kukurydza... Ale czy to są złe odmiany? Nie! To są świetne odmiany, ale wymagają ciut więcej troski i innego miejsca. Nie mam czasu ostatnio i dobierając odmiany do nasadzeń wiedziałam, że tak będzie prędzej, czy później. Ciężko jest wykonywać opryski na czas przy moim systemie pracy. Sadząc z góry zakładałam, że część wyleci, jak mi nie podpasują - w końcu ponad 30 odmian, to mam co redukować

Ja akurat lubię silny muskat (ML) i landrynki (Einset), a nie przepadam za czarną porzeczką, i gdyby nie mój mąż, to do odmian zagrożonych szpadlem dołączyłby jeszcze Alden (choć nie sprawia żadnych problemów... i mąż, i Alden

). Mogę długo opowiadać o przyczynach moich decyzji. Jak kogoś to ciekawi, to zapyta tak, jak Jacek.
Sadzonki częściowo robiłam sama, częściowo kupowałam. Odstępuję w zamian za pomoc przy wykopaniu. Zysk żaden biorąc pod uwagę konieczność dostosowania się do odbiorców, ale żal jakoś tak wywalać... Zdaję sobie sprawę z ryzyka, ale ile sadzonek z renomowanych szkółek nie przeżywa pierwszej zimy w rękach nowicjuszy?
Zawsze zdążę wykarczować, a praca fizyczna mi nie straszna. Ostatnio robiłam generalny remont na spółkę z mężem u mojej mamy i jeszcze go nie skończyłam - w większości sama. Zaoszczędziłam kilkanaście kawałków na fachowcach - nie ma to jak sobie rozwalić jakąś ścianę młotem udarowym.

Wszystkie stresy zawodowe w danym momencie legły razem z gruzem w kontenerze. Do winniczki w takim układzie nie było mi po drodze.
Proste, prawda?
Przesadzanie ma duże szanse się udać. Jak się nie zaryzykuje, to się nie dowie, czy będzie sukces
